Head image niespiekanada

O, Canada! Czyli wywiad z Kornelem, studentem w Kanadzie

Coraz więcej studentów decyduje się na studiowanie poza granicami kraju. Bardzo często robią to w ramach programu Erasmus, który od 27 lat finansuje wyjazdy na studia do krajów Wspólnoty. Gdy naszym marzeniem jest studiowanie w krajach za oceanem, trzeba w większości działać na własną rękę. Przykładem osoby, która zdecydowała się na taki krok jest Kornel, z którym chodziłem do jednej klasy gimnazjum. Od paru lat studiuje w krainie płynącej syropem klonowym.

Nie śpię: Od jakiegoś czasu studiujesz w Kanadzie. Jaki kierunek i co robisz oprócz studiowania?

Kornel: Kierunek nazywa się śmiesznie: „Bachelor of Arts, Major – Psychology”, czyli na nasze: „licencjat sztuki, specjalizacja – psychologia”. Wyobrażasz sobie taki kierunek na polskiej uczelni? Poza studiowaniem, jestem zawodnikiem męskiej drużyny siatkówki Keyano Huskies. Keyano to nazwa college’u, a Huskies to nazwa drużyny. Tu prawie każdy uniwerek czy college, znajduje jakieś zwierzę, które staje się nazwą i maskotką. I tak na przykład w naszej lidze gramy przeciwko Orłom, Sowom, Wilkom, Niedźwiedziom, ale i Piorunom, Wikingom, czy nawet Trojanom.

Dlaczego Kanada? Jak się tam znalazłeś?

Od małego (albo raczej od młodego, bo mały nigdy nie byłem [Kornel mierzy 202cm wzrostu – dop. T.H.]) zawsze chciałem polecieć do Ameryki Północnej. Stany, Kanada… No, może Meksyk bym sobie odpuścił. Oglądając hollywoodzkie produkcje, widziałem, jak tam wszystko jest ogromne, lśniące, nowe i imponujące. Zawsze chciałem zobaczyć to na własne oczy. Wraz z wiekiem moje zainteresowanie rosło, a chęć wylotu do Ameryki przerodziła się w chęć zamieszkania tam. Jeszcze trzy lata temu myślałem o tym, jako o marzeniu na przyszłość, czymś, co można spróbować zrobić po studiach. Na szczęście okazja trafiła się wcześniej. Po nieudanej przygodzie z Polibudą Warszawską, „wygooglałem” sobie „stypendia sportowe w Ameryce” i znalazłem agencję z Krakowa, która zajmuje się wysyłaniem młodych ludzi za ocean (oczywiście za odpowiednią opłatą).  Zadzwoniłem, i dzięki pomocy pana Marka z tejże agencji, dzięki pomocy moich rodziców oraz swojej determinacji, udało mi się pokonać wszelkie przeszkody i zacząć swoją mroźną przygodę w kraju liścia klonowego.

Edukacja dla Ciebie jest odpłatna. W jaki sposób się utrzymujesz?

Finanse to spory problem. Szczególnie w jednym z najdroższych miast w Kanadzie. Fort McMurray – bo właśnie tu studiuję, jest miastem niesłychanie bogatym – ze względu na swoje bogate złoża piasków roponośnych – ale również strasznie drogim. Najgorszy był początek. Zanim wyleciałem trzeba było załatwić kilka rzeczy, a przede wszystkim uzbierać sporo hajsu. Po pierwsze – bilet lotniczy. Zagadka – co jest droższe – bilet lotniczy do Kanady w jedną, czy w dwie strony? Odpowiedź nie była wtedy taka oczywista. Miesiąc przed moim wylotem najtańszy bilet w jedną stronę kosztował koło 8.000PLN, za to w dwie strony trochę ponad 4.000PLN. Później trzeba było uzbierać pieniądze na czesne. Moje stypendium sportowe działa w ten sposób, że co semestr, dobrze się ucząc i grając w drużynie sportowej, uczelnia zwraca mi pieniądze za czesne. Ale pierwszy raz trzeba było te pieniądze wyłożyć z własnej kieszeni. Co nie było łatwe, ponieważ to wydatek rzędu 2300 dolarów kanadyjskich. Do tego dochodziły opłaty za wizę, za tłumacza przysięgłego (który tłumaczył moje dokumenty), i inne. Gdyby nie pomoc rodziców (w tym Taty, który znalazł mi pracę, gdzie mogłem też trochę dorobić), nigdy nie udałoby mi się zrealizować tego marzenia. Teraz nie jest już tak źle, bo po zapłacie czesnego, jedyne moje wydatki to jedzenie i akademik (jak to dobrze, że już nie palę – paczka Cameli to ponad 13,50 CAD). Mam dobrze płatną, ale cholernie nudną pracę na siłowni. Siedzę za biurkiem, daję klientom bransoletki, czasem sprzątam, czasem się kłócę z pięćdziesięciolatką, że nie może trenować w samym staniku sportowym. Poza tym, ciężka praca na boisku siatkarskim też się opłaca, bo za dobre wyniki sportowe też czasem wpadają sympatyczne, dodatkowe stypendia. Podsumowując: DA SIĘ PRZEŻYĆ.

Jak wygląda semestr na uczelni?

Semestr wygląda podobnie pod względem długości, tylko rok akademicki zaczyna się wcześniej, bo na początku września. Pierwszy semestr kończy się na początku grudnia, drugi semestr trwa od początku sierpnia do połowy maja, no i później jest jeszcze możliwość brania zajęć od połowy maja do połowy lipca, ale mało kto się na to decyduje. Jeśli chodzi o to, jak tu sprawdzają nasza wiedzę, to w teorii wygląda to tak: quizy, eseje, wypracowania, jeden egzamin w połowie semestru (zwany „midterm”), no i egzamin końcowy. W praktyce jednak tych „midtermow” jest więcej, dwa lub trzy. Ocena z każdego przedmiotu to średnia ważona wszystkich ocen. Egzamin końcowy może być wart nawet do 50% oceny, ale jeśli dobrze nam idzie przez cały semestr, a „final exam” uwalimy, to nadal możemy zdać.

Jakie masz przedmioty? Masz swobodę w wybieraniu czy uczelnia je narzuca?

Każdy kierunek studiów ma „worek” przedmiotów do wyboru, z których można sobie wybrać swoje. Coś w stylu „tu jest 50 zajęć, wybierz sobie 45”. Oczywiście nie od razu, ja na przykład wybieram sobie zajęcia co roku, minimalnie 3, a maksymalnie 7. Są przedmioty, które są lepiej punktowane, gdy chcemy się przetransferować na konkretny uniwersytet, a wybranie kilku (albo kilkunastu) podobnych tworzy nam specjalizacje.
Mogę sobie wybrać przedmioty z takich jak na przykład: psychologia, socjologia, statystyka, biologia, angielski, ale również: wiedza o teatrze, czy wprowadzenie do aktorstwa.

Jaki jest na Twojej uczelni stosunek do studenta?

Cóż, to wszystko zależy od profesora, ale generalnie rzecz biorąc podejście do studenta jest o niebo lepsze niż w Polsce. Temu oczywiście nie można się dziwić, ponieważ studia są płatne i to sporo, także złe traktowanie studentów pozbawia uczelnie zysku. Są tu oczywiście nauczyciele wymagający, czasem nawet bardzo, lecz atmosfera studiów opiera się przede wszystkim na szacunku do drugiej osoby. Panie w dziekanacie są bardzo miłe i pomocne, studentom przysługuje możliwość skorzystania z pomocy doradców, czy tutorów. Profesorowie chętnie pomagają, organizują dodatkowe lekcje, czy zajęcia indywidualne, dla tych, którzy maja problem z przyswajaniem materiału. Nie widać nigdzie zestresowanych studentów, braku szacunku wobec nich, ani strachu przed profesorami, wręcz przeciwnie, w takiej atmosferze aż chce się studiować. Obrazek, który najlepiej oddaje tutejsze podejście do studenta są właśnie panie w dziekanacie, które przebierają się za rożne postacie na Halloween. Nie sposób wyobrazić sobie takiego dystansu do siebie w Polsce.

Studiowałeś też na Politechnice Warszawskiej. Jakbyś porównał Twój obecny uniwersytet z polskim?

Nie studiuję na uniwersytecie, lecz w college’u. To trochę inna liga. To taki przedsionek do uniwerku. Na przykład w college’u można ukończyć tylko kilka kierunków, takich jak – pielęgniarstwo, fizjoterapia, czy kilka kierunków technicznych. Natomiast studia uniwersyteckie zaczyna się w college’u, a po kilku latach, zwykle dwóch czy trzech, kończy się kierunek na uniwerku. Jest też kilka innych różnic – na przykład wielkość – uniwerki są kilkakrotnie razy większe, czy cena – czesne również jest droższe. Niemniej jednak każdy marzy o dostaniu się na dobry uniwersytet, dlatego też stara się o jak najlepsze wyniki w college’u. Porównać mój college do Polibudy w Wawce? Z tym pytaniem bym zaczekał, aż zacznę studia na University of Alberta – przynajmniej taki mam plan.

College w którym kształci się Kornel

College, w którym kształci się Kornel

Co jest lepsze, a co gorsze w Kanadzie w porównaniu do Polski?

Lepsze w Kanadzie są… pieniądze. To można zauważyć szczególnie w tak obrzydliwie bogatym mieście jak Fort McMurray. Mieszkańcy tego miasta to przeciwieństwo Irlandczyków i Poznaniaków. Nie oszczędzają prawie na niczym. Często wydają pieniądze na coś, co nie będzie im do niczego potrzebne, tylko po to, żeby pokazać, że mogą sobie na to pozwolić. Lepsze są  możliwości. Kończysz studia w Forcie McMurray? Masz robotę. I to dobrze płatną. Kropka. Moja znajoma w maju skończyła swoją edukację na kierunku „pielęgniarstwo” – teraz pracuje w tutejszym szpitalu ze stawką 35$/h. Ja sam, imigrant, student drugiego roku, bez żadnego wykształcenia czy doświadczenia poza pracą fizyczną, zarabiam 15$/h siedząc na tyłku na siłowni. Ludzie tutaj doceniają wykształcenie, bo wiedzą ile poświęcenia wymaga jego zdobycie. Lepsze są… fast foody, ponieważ jest ich tu od groma. Jedliście kiedyś „Bacon cheeseburger pizza”? Rewelacja. A co powiecie na hamburgera o nazwie „BACONATOR”? A skoro już o burgerach mowa, kilka miesięcy temu, niedaleko akademika otworzyli burgerownię „FATBURGER”. Nie mogłem się przestać dziwić, jak knajpa, która nazywa się „Tłusty burger”, „Gruby burger”, ma prawo istnieć. Do czasu, aż spróbowałem. BOŻE. NAJLEPSZA. BUŁA. EVER. Z burgera wylewa się zupa tłuszczu, generalnie to natychmiastowy zawał serca, ale warto zginąć dla takiego burgera. Do tego dochodzi wybór czipsów, o którym wam się nie śniło. Smak bekonu i śmietany? Proszę bardzo. Ogórków kiszonych? Śmiało. Octu i soli? Pieczonej ośmiornicy? Zapraszam. Lepsze są… maniery. To, że Kanadyjczycy są przesadnie grzeczni wie cały świat. Ale czy naprawdę można być PRZESADNIE grzecznym? Odpowiedź brzmi – MOŻNA. Gdy na ulicy wpadniesz na kogoś i będzie to twoja wina, możesz być pewien, że ta osoba cię przeprosi. Idziesz do sklepu na zakupy wieczorem, możesz być pewien, że kasjerka będzie ci życzyć dobrej nocy. Spotykasz na korytarzu ziomka, nauczyciela, czy inną znajomą ci mordę? Możesz być pewien, że usłyszysz pytanie „jak się masz?”. Chociaż z tymi manierami to nie do końca jest tak, że w Kanadzie lepsze… Przepuszczenie kobiety przez faceta w drzwiach jest BARDZO rzadko spotykane,  nikt nie pomaga założyć kobiecie płaszcza, czy otworzyć drzwi do samochodu. Ale to już ze względu na działania feministek. Gorszy jest na pewno alkohol. Piwo to szczochy, wóda nie wykręca mordy tak, jak powinna, a najpopularniejszy napój z procentem to drink na bazie ice tea, po którym ma się niesamowitego kaca (znam z doświadczenia). Gorsze jest jedzenie – to poza fast foodami – a w szczególności owoce i warzywa. Wszystko GMO, widać i czuć. Cebula wielkości melona, jabłka, które są dobre do zjedzenia ponad trzy tygodnie, czy żółtko w jajkach w kolorze… białka. Sama chemia, panie. Gorsze są… kobiety. To trochę płytkie spojrzenie na świat, ale nie udawajmy – wygląd też się liczy. I mimo tego, że tak, znajdziesz sporo ładnych dziewczyn w Kanadzie, czasem może nawet jakąś perełkę, to DALEKO im do dziewczyn w Polsce. Słowiańskie korzenie robią swoje i „tworzą” piękne dziewczyny, za którymi nie tęsknić się po prostu nie da. Jeżeli chodzi o urodę kobiet, to Kanada jest sto lat za Murzynami. Albo raczej – za Murzynkami.

Temperatury w Forcie McMurray są bardzo niskie. Jak dajesz sobie radę z panującą pogodą?

Pogoda to jedna z niewielu rzeczy, na które tu mogę narzekać. W moim mieście są tak właściwie tylko dwie pory roku – lato i zima. Czym się różnią? Cóż, latem śnieg jest trochę cieplejszy. Nie no, aż tak źle nie jest, latem śniegu nie ma, wręcz przeciwnie, kilka dni w lipcu było ponad 35 stopni, niestety zimą jest zupełnie inaczej. W zeszłym roku pierwszy śnieg spadł w połowie października i utrzymał się do trzeciego maja. Pierwszego maja jeszcze widziałem zorzę polarną. Co do temperatur to różnie, głownie w okolicach -20stopni Celsjusza w ciągu dnia w środku zimy, a w nocy zdarzyło mi się wracać z pracy do akademika przy -47stopniach. Nie polecam. Bolesne doświadczenie. Ciężko oddychać w takich warunkach. Dlatego też rzadko ktokolwiek wychodzi na spacery zimą, raczej wszyscy jeżdżą samochodami po szybkie zakupy, by wrócić i ogrzać tyłek w domu. Zdarzały się noce kiedy wysiadało ogrzewanie, wtedy zbieraliśmy się wszyscy w kuchni i odpalaliśmy piekarnik i kuchenkę na max. A poza tym, to dwie pary kalesonów, trzy pary skarpet, czternaście koszulek i czapka. Tu nie ma co zgrywać twardziela i szpanować, że nie jest ci zimno. Takie zachowanie może być po prostu niebezpieczne, a po 5 minutach mogą odpaść ci uszy.

Widok z lotu ptaka na Fort McMurray

Widok z lotu ptaka na Fort McMurray

Jacy są Kanadyjczycy? Jaka jest ich mentalność? Jak postrzegają obcokrajowców?

Kanadyjczycy są przede wszystkim… zróżnicowani. Wysoki procent obcokrajowców, którzy po kilku latach dostają kanadyjski paszport powoduje, że nie można stwierdzić po wyglądzie kto jest Kanadyjczykiem, a kto nie. Są w większości bardzo mili, ale również bardzo wrażliwi. I nie chodzi mi tu o artystyczną duszę lub miłość do natury, tylko fakt, że zwracając im na coś uwagę można ich łatwo urazić. Coś, co mi się bardzo w Kanadyjczykach nie podoba, to fakt, że WSZYSCY, a przynajmniej wszyscy, których poznałem, uwielbiają plotkować. Obrabiają dupę innym 24 godziny na dobę. Żyją historiami innych. Ciekaw jestem co mówią o mnie, gdy nie ma mnie w pobliżu…
Są niesamowicie tolerancyjni, czasem aż do przesady, szczególnie, jeśli chodzi o mniejszości seksualne. Słyszałem o przypadkach, kiedy facetowi łatwiej było dostać pracę, jeśli w CV napisał, że jest homoseksualistą. Każde „wyjście na jaw” znanego celebryty czy sportowca jest oklaskiwane i pochwalane. Jeśli chodzi o postrzeganie obcokrajowców, to oczywiście, zdarza się usłyszeć rasistowski żart, lecz rasizmu jakiego takiego nie ma. Wszyscy żyją w zgodzie ze sobą i nikt na nikim nie żeruje. Co więcej, gdy ludzie słyszą, że przeleciałem taki kawał drogi, by grać w siatkówkę i studiować, są pełni podziwu i ciekawi zwyczajów w mojej ojczyźnie.

Czy po skończeniu edukacji zamierasz wrócić do Polski, czy zostać w Kanadzie?

Po skończeniu edukacji w Kanadzie chciałbym znaleźć jakieś miejsce gdzie dalej mógłbym grać w siatkówkę, tym razem na poziomie profesjonalnym. W Kanadzie nie ma ligi profesjonalnej, a na poziomie college’owym/uniwersyteckim można grać tylko 5 lat. Będę szukał gdzieś możliwości dalszej gry. A co potem? Nie mam pojęcia. To jeszcze kupa czasu, by nad tym się zastanowić.

Wolałbyś walczyć ze stoma końmi rozmiaru kaczki, czy jedna kaczką rozmiaru konia?

Wolałbym nie walczyć. Nie, żeby była ze mnie jakaś „ciota”, czy coś, tylko generalnie wolę problemy rozwiązywać za pomocą siły argumentów, a nie argumentu siły. Dlatego też obojętnie czy to kaczka w rozmiarze konia, czy sto koni w rozmiarze kaczki – próbowałbym negocjować i w efekcie pewnie poszlibyśmy na wódkę, by przypieczętować zakopanie topora wojennego.

Wielkie dzięki za wywiad!

Cała przyjemność po mojej stronie!

rozm

Tekst:
Tomasz Hęciak
Foto:
Morgan (CC BY 2.0)
Kornel Kowalewski
Tallgirl (CC BY-SA 2.0)

Comments

1 Komentarz

  1. Ciekawy wywiad :) Powodzenia !

Napisz komentarz